Dodał: tbiegun | 2007-07-24 00:00
Wyjątkowość polskiej "pomarańczy"
Sez
on 2006-2007 dobiegł końca. Śmiem twierdzić, iż ubiegłe rozgrywki można nazwać tymi najdziwniejszymi, a przynajmniej najbardziej wyjątkowymi w naszej III RP. Zagłębie Lubin sięgnęło po najwyższy laur, mianowicie Mistrzostwo Polski. Czy jakikolwiek kibic naszej rodzimej piłeczki postawił właśnie na "miedziowych"? Niemalże przez cały sezon to GKS BOT Bełchatów dyktował warunki w naszej lidze, a to również można uznać za niemałą niespodziankę. Warszawska Legia i krakowska Wisła miały nadawać ton rozgrywkom. Obie drużyny zanotowały spory regres w prezentowanej grze. Kibice nie mogli zrozumieć, dlaczego postawa ich ulubieńców jest aż tak mizerna, a wręcz katastrofalna. No cóż....Faworyci dali "ciała" i te słowa najdobitniej obrazują tę sytuację, której w żaden sposób racjonalnie nie można wytłumaczyć. Moim jakże skromnym zdaniem właśnie taki obrót sprawy jest niezwykle korzystny dla nas kibiców, dziennikarzy, a w szczególności bukmacherzy mogą odczuwać pełną satysfakcję. Wielu kibiców ma pełne prawo do pewnych obiekcji w stosunki do prezentowanej przez moją osobę poglądów, ale doprawdy w tym przypadku posiadam spore argumenty i dalsza polemika jest co najmniej stratą czasu. Czy rzeczą ciekawą i wciagającą jest, gdy do walki o prymat najlepszej drużyny w naszym przepięknym i pod każdym względem idealnym kraju startuje 16 ekip, a na finiszu zwycięzcą okazuje się jeden z dwóch zespołów, Wisły bądź Legii? A właśnie taka sytuacja miała miejsce w poprzednich latach. O tytuł walczyły w zasadzie tylko te dwa kluby. W mijających rozgrywkach walczyło kilka zespołów o miano tego najlepszego. W ten właśnie sposób ligi naszej nie można nazwać nudną i przewidywalną.
Wyjątkowość poprzedniego sezonu nie polega tylko na słabości potentatów i wzrostu potęgi tych marketingowo i historycznie gorszych klubów. Niestety, III RP nie posiada samym pozytywów, a wręcz liczne negatywy, których naliczyć jest nie sposób, i które rzucają zły cień na nasze czasy. Nie inaczej sytuacja wygląda w rodzimym futbolu. Również przybywa różnorakich afer i niemal na każdym kroku można spotkać korupcję. Jednak właśnie afera korupcyjna pomogła, i to w niemałym stopniu w oczyszczaniu naszej piłki. Co rusz zamykano kolejne "czarne owce", a ręce wrocławskich stróżów prawa sięgały najdalej jak można sobie to wyobrazić. Może z tego jakże poważnego powodu prezesi klubów i sędziowie nie sięgali po nieczyste gry? Jednego jestem pewien w stu procentach. Mijający sezon nie był w żadnym stopniu "zbrudzony" przez korupcję. Jednak ostateczny wynik rywalizacji w "pomarańczowej" lidze mógł budzić niemałe, ale mimo wszystko niczym nieuzasadnione podejrzenia w stosunku do zwycięzcy w końcowym rozrachunku, Zagłębia Lubin. Podobno "miedzowi" awansowali do pierwszej ligi dzięki korupcji. Tylko czy od razu trzeba uznawać, że również Mistrzostwo Polski zostało wywalczone przez piłkarzy nie na boisku. Bez żadnych wątpliwości teza owa jest błędna, a twórcy takich niedorzeczności nie posługują się racjonalnymi dowodami, tylko błahymi poszlakami. Zazdrość najdobitniej wyraża emocje owych ludzi.
W poprzednich akapitach przeanalizowałem ubiegłe rozgrywki, ale pod względem drużynowym. Również bramkarze zasługują na odpowiednie traktowanie, gdyż swoimi nieprzeciętnymi umiejętnościami wielokrotnie ratowali kolegów z zespołu i niemalże w pojedynkę wygrywali kolejne spotkania, zostając tymi najważniejszymi aktorami. Pozycja goalkeepera wymaga niezwykłej odwagi. Bramkarz działa sam i odpowiada za swoją grę przed całą drużyną. W wielu przypadkach, to on jest ostatnią nadzieją. Właśnie postawa owych "szaleńców" decyduje o wyniki końcowym w rywalizacji zespołów o podobnym potencjale piłkarskim, gdyż posiadając niezwykle olbrzymie umiejętności psychiczne, jak i fizyczne, mogą zmienić losy meczu na korzyść jedenastki reprezentowanej przez swoją osobę. Pomimo tej olbrzymiej liczby pozytywów zawodników z tejże pozycji, dziennikarze i kibice nie zawsze w odpowiedni sposób potrafią docenić ich ofiarną grę, w którą wkładają całe serce, a w osiągnięciu postawionego przez siebie celu napotykają wiele trudności.
Miniony sezon najbardziej zadziwił mą osobę i wielu różnej maści fachowców, nie tylko przez pryzmat wyników w ostatecznym rozrachunku, tylko właśnie postawa ludzi stojących między słupkami prowadziła nas do jakże skrajnych emocji, zachwytu, zdziwienia, a na ogromnym rozczarowaniu kończąc. Polską należy do grona nielicznych krajów, które mogą szczycić się wieloma goalkeeperami światowej klasy. Patrząc na występy nadwiślańskich zawodników z tejże pozycji i potencjał krajowych "młodych gniewnych" dochodzę do pewnego nieco ambitnego wniosku, iż właśnie Polska posiada najlepszą szkołę bramkarską w Europie. Doprawdy tę tezę ciężko w jakikolwiek sposób podważyć, gdyż poddałem analizie wiele czynników, której w największym stopniu potwierdzają moje zdanie. I dlatego oczekiwania wobec bramkarzy występujących w Orange Ekstraklasie są naprawdę duże. Porównując poczynania zawodników między słupkami w sezonie poprzedzającym Mistrzostwa Świata w Niemczech, do rozgrywek minionych dochodzę do wielu zadziwiających i lekko rzecz ujmując kontrowersyjnych wniosków. Aby wykonać tak szczegółową analizę należy przybliżyć grę poszczególnych zawodników w obydwu rozgrywkach i wydać jak najbardziej obiektywny osąd, niepodyktowany żadnymi subiektywnymi odruchami.
Największym bohaterem sezonu 2005-2006 wśród bramkarzy był bez wątpienia Łukasz Fabiański. Goalkeeper Legii Warszawa zanotował wspaniały rok i dzięki jego kapitalnym interwencjom koledzy z zespołu, działacze i kibice stołecznej jedenastki, mogli tonąć w radości, gdyż ich ukochany klub nie miał konkurencji w polskiej lidze. Właśnie Fabian dołożył do tego niebagatelnego sukcesu olbrzymią cegiełkę. W 19 spotkaniach zachował czyste konto! Również w wielu innych meczach potwierdził nieprzeciętne umiejętności i ratował swą drużynę przed utratą bramki. Zasadności postawienia na chłopaka ze Słubic przez trenerów Legii podważyć jest nie sposób. Dodatkowym pozytywem tego oto bramkarza jest to, że jako jedyny z ekipy Mistrza Polski otrzymał powołanie do reprezentacji na turniej finałowy Mistrzostw Świata. Co prawda Łukasz spełniał rolę bramkarza nr 3, ale jednak jego obecność na zgrupowaniu w Niemczech można uznać za niemałą niespodziankę, a wręcz ogromną sensację. Fabiański pojechał na mundial w charakterze ucznia, ale i tak należą mu się olbrzymie gratulacje, że jego osoba znalazła miejsce w wąskiej grupie dwudziestu trzech wybrańców. Legia Warszawa w mijającym sezonie miała bardzo duże aspiracje i liczyła na sukcesy na wielu niwach. Począwszy od ponownego tryumfu w naszej Orange Ekstraklasie, a skończywszy na udziale w rozgrywkach grupowych Ligi Mistrzów. Liczba trofeów zdobytych przez legionistów powinna zawierać również Puchar Polski i Ligi. Apetyty zostały niezwykle rozbudzone i niestety, ku uciesze pozostałych drużyn w polskiej lidze, Legia zanotowała tragiczny sezon i poległa na wszystkich frontach. Mniejszy bądź większy udział w tych niepowodzeniach miał właśnie Łukasz Fabiański. Trzeba jasno powiedzieć, że w mijających rozgrywkach jego występy nie należaly do najlepszych, a wręcz w niektórych spotkaniach radził nieporadnością i niepewnością. Jednak postawa jego kolegów z drużyny pozostawiała jeszcze więcej do życzenia i to właśnie jest ich jest ich zasługą, że warszawska Legia poniosła klęskę na wszystkich polach, a wręcz niektóre mecze zakończyła totalną, ażeby nie powiedzieć haniebną kompromitacją. Jednak Łukasz nie zanotował aż tak słabego sezonu. W takim przypadku transfer do zagranicznego zespołu byłby rzeczą wprost niemożliwą. Przeprowadzka do ekipy Arsena Wengera obalą tę niesprawiedliwą tezę, iż Fabian w mijającym sezonie nie grał na odpowiednio wysokim poziomie. Takie słowa nie oddają istoty całej sytuacji. Co prawda Łukasz nie w każdym meczu potwierdzał swą olbrzymią klasę i prezentował nieprzeciętne umiejętności, ale tych gorszych spotkań nie zanotował zbyt wiele. Właśnie partnerzy z zespołu są najbardziej odpowiedzialni za niezadowalające wyniki, gdyż ich grę najlepiej pozostawić bez dłuższego komentarza, iż w odwrotnym przypadku moja osoba byłaby zmuszona do użycia słów uznawanych w naszym dialekcie za niecenzuralne i obrażające oceniane osoby.
Bez żadnych wątpliwości śmiem twierdzić, że największym przegranym mijającego sezonu jest zespół Wisły Kraków i jej tylko rezerwowy bramkarz, Mariusz Pawełek. Postawę Białej Gwiazdy w poprzednich rozgrywkach najlepiej przemilczeć, gdyż podobnie niczym w przypadku warszawskiej Legii, jedynymi słowami, które oddają istotę całej niezwykle nieciekawej sytuacji, mianowicie pełna kompromitacja i antyprofesjonalizm. 8. miejsce w ligowej stawce, to doprawdy wynik hańbiący ten jakże zasłużony zespół, którego lata "świetności" datuję się na III RP, a dokładniej początku bieżącego wieku, gdyż w tym okresie "Biała Gwiazda" zdobywała seryjnie tytuły Mistrza Polski. Również rozgrywki Pucharu UEFA były naznaczone świetnymi występami podopiecznych byłego już trenera, Henryka Kasperczaka. Jednak te wszystkie wydarzenia, to niestety, zamierzchła przeszłość. Miniony sezon w wykonaniu wiślaków najlepiej przemilczeć, albowiem nie widzę żadnych pozytywów, ani po stronie sportowej, a tym bardziej na niwie menadżerskiej, ponieważ ludzie odpowiedzialni za tę "działkę" nie mieli pojęcia o odpowiednim wykonywaniu powierzonych funkcji i jakakolwiek polemika w tej sytuacji jest rzeczą doprawdy zbędną.
Ciekawszym elementem do mych rozważań jest postawa obydwu bramkarzy tejże drużyny i sytuacji każdego z nich. Zacznijmy od Mariusza Pawełka, którego bez cienia wątpliwości można obwołać największym przegranym ubiegłych rozgrywek. Paradoksem jest fakt, iż w uzyskaniu takiego miana wyznacznikiem nie były jego występy i forma prezentowana przez tę osobę. Rozegrał niewiele meczów, ale w tej liczbie nie zanotował żadnego, słabszego, a wręcz niektórymi interwencjami wprost zaszokował wszystkich. Nie przypadkiem nawet selekcjoner reprezentacji Polski, Leo Beenhakker powołał zawodnika Wisły do kadry i pozwolił mu zadebiutować w biało-czerwonych barwach. Jego największym przekleństwem można nazwać Emiliana Dolhę. Ten golkiper zajął miejsce Pawełka między słupkami i nie oddał go do końca rozgrywek. Jednak decyzja trenerów była niezwykle słuszna, gdyż Rumun zanotował świetny sezon i doprawdy był najlepszym bramkarzem w naszej lidze. W ciągu jednego roku przebył drogę na polski szczyt w futbolowej hierarchii. W oczach wielu jest nieprzeciętnym fachowcem. Przechodząc do poznańskiego Lecha zaszokował opinię publiczną i ta przeprowadzka wystawiła najgorszą ocenę z możliwych włodarzom Wisły Kraków, iż wykazali się wyjątkową nieporadnością w negocjacjach z rumuńskim golkiperem i wypuścili z rąk skarb w postawi właśnie Emiliana.
Wielu bramkarzy utrzymało swe pozycje w klubach, w porównaniu do poprzedniego sezonu i po raz wtóry potwierdzali swe nieprzeciętne umiejętności i zasadność postawienia na ich osoby przez sztab szkoleniowy. W tejże grupie jest Bartosz Fabiniak, reprezentujący barwy łódzkiego Widzewa, który utrzymał pozycję w drużynie i niesamowitymi paradami. Powrót do pierwszego składu zaliczył Marcin Cabaj z Cracovii. W sezonie poprzedzającym światowy czempionat nie zawsze miał pewne miejsce w składzie i momenty, w których zasiadał na ławce przeznaczonej dla zawodników dla zawodników nie mieszczących się w podstawowej jedenastce nie były rzadkie. W tymże czasie raził nieporadnością i głupimi błędami. Jednak najwyraźniej przemyślał wszystko(z niemałą pomocą trenera, Stefana Majewskiego) i zanotował wspaniały powrót na pierwszoligowe areny.
W minionych rozgrywkach na "pomarańczowych" boiskach pojawiło się wielu nieprzeciętnie uzdolnionych bramkarzy, dla których był to debiutancki sezon. Wojciech Skaba z Odry Wodzisław zasługuje na największe oklaski. Jego gry nie można ująć innym słowami niż fenomenalna, brawurowa, niesamowita itp. Nie przez przypadek w nowym sezonie przywdzieje barwy warszawskiej Legii. Podobnym przypadkiem można nazwać Aleksandra Ptaka z Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski. Wygryzł ze składu Sebastiana Przyrowskiego, a to jest najodpowiedniejszym wykładnikiem prezentowanych przez jego osobę umiejętności i doprawdy inne argumenty nie są potrzebne. Michał Vaclavik w niemałym stopniu przyczynił się do wywalczenia przez miedziowych Mistrzostwa Polski.
Jednak nie wszyscy golkiperzy ubiegły sezon mogą wspominać wyłącznie pozytywnie. Swoistym paradoksem jest bramkarz kieleckiej Korony, Maciej Mielcarz. Ten golkiper podobnie jak jego klubowa drużyna najbardziej zawiódł. W tym przypadku można użyć słowa żenada. W rundzie jesienniej bronił na całkiem niezłym poziomie i właśnie taka postawa przekonała naszego selekcjonera i powołał go do kadry. Jednak następna runda w wykonaniu Mielcarza zhańbiła jego osobę i reprezentowaną przez niego drużynę. Maciej popełnił wiele błędów, których cena była doprawdy olbrzymia(m.in przegrana w Pucharze Polski z Groclinem). Podobnym przypadkiem jest bramkarz zabrzańskiego Górnika, Mateusz Sławik. Bez żadnych wątpliwości uważam, iż gra tego chłopaka nie przyniosła nikomu chluby, a wręcz ośmieszyła jego osobę. Ilości kiksów i momentów niepewności w wykonaniu Mateusza naliczyć jest nie sposób.
Zastrzegam sobie prawo do powyższego tekstu i jego formy. Zabraniam kopiowania i upowszechniania czegokolwiek bez mojej oficjalnej zgody.
Autor: Maciej Bajorek
skomentuj