Dodał: tbiegun | 2006-09-02 00:00
Oto Manchester, mój Everest
Zaws
ze stawiałem na jedną kartę, całe życie – mówi Tomasz Kuszczak, bramkarz Manchesteru United. – Gdy trenowałem w Śląsku Wrocław, marzyłem o grze w Niemczech. To o tej lidze się pisało, ona była na wyciągnięcie ręki. Pewnego dnia powiedziałem: „Tato, chcę wyjechać z kraju, jest szansa. Jak nie wyjdzie, to wrócę. Ale spróbować muszę.” I wyjechałem. Nie wróciłem do dziś. Ale jestem zawodnikiem Manchesteru United. O transferze życia
Idziemy ulicą opodal stadionu Old Trafford. Siadamy w małej knajpce, w której można spokojnie rozmawiać. Na ścianie wiszą podobizny gwiazd sprzed lat, między innymi Erica Cantony. Kuszczak opowiada:
- Ten transfer zaczął się w maju. Wiedziałem wówczas, że zainteresował się mną jeden z najlepszych klubów świata. Nie miałem pewności który, ale domyślałem się, że chodzi o Manchester United. Marzyłem, żeby to była prawda! Ale czemu nie? Przecież to na tym stadionie zagrałem mecz życia, jeszcze w brawach West Brom Albion.
Wiele osób nie wierzyło. Mówili: „W żucie rozegrałeś tylko 35 meczów ligowych.” Ja powiem – może to było 35 meczów, ale z tego 10 naprawdę bardzo dobrych. A znacznie trudniej jest zagrać bardzo dobrze, niż nie zagrać źle – to wielka różnica. Poza tym są różne drogi do sukcesu. Zawsze uważałem, że trzeba wyskoczyć najwyżej jak się da, potem się okopać, wzmocnić i przyszykować do kolejnego skoku. Aż się człowiek znajdzie na samym szczycie. Inni wolą rozegrać 150 meczów w lidze polskiej, 200 w belgijskiej, 50 w holenderskiej i czekać na telefon z Anglii. Ich wybór… Moja droga jest taka, że przychodzą każdego dnia rano i walczę o miejsce w składzie. I idę w górę. Tak było w Herkcie Berlin, tak było w WBA, tak będzie w Manchesterze.
W czasie negocjacji z klubem był mecz Polski z Kolumbią. Wtedy słyszałem: „On do Manchesteru!?” Jak ktoś się zna na piłce, to wie, że ten kuriozalny gol nie miał wpływu na transfer. Nie można oceniać człowieka na podstawie jednego meczu, a co dopiero jednej interwencji. Chociaż pamiętam, jak trener Marić w Hercie opowiadał mi, jak puścił podobną bramkę, a ja się śmiałem. „Co? To niemożliwe! Nie można tak zawalić” – mówiłem.
Teraz wiem, że w futbolu wszystko jest możliwe. Nie tylko gole, ale nawet to, że zagrasz w 35 meczach ligowych i trafisz do Manchesteru United.
Swoją drogą, ten transfer nie doszedłby do skutku, gdyby nie trener WBA Bryan Robson. Mówił, że nie chce mi marnować kariery, a MU to najlepszy klub świata. „Wiem, bo grałem w nim. Na twoim miejscu bym tam poszedł” – mówił Robson. Mam do niego ogromny szacunek.
Negocjacje z Manchesterem? Nigdy nie biorę tego, co dają. Negocjowaliśmy i spotkaliśmy się w połowie drogi.
O byciu „Czerwonym Diabłem”
Do Tomka dzwoni telefon. Ze strzępków rozmowy można zrozumieć, że ktoś z klubu pyta się, czy coś dla niego załatwić. – Nie, tego nie potrzebuję – mówi polski bramkarz.
Tu jest wszystko zorganizowane na sto procent. Wiem, to banał, każdy tak mówi. Ale tu jest to naprawdę sto procent. Jak potrzebuje samochód, mam samochód. Jak się przeprowadzam, to przyjeżdża ekipa, pakuje mnie, a potem rozpakowuje. Jak zepsuje mi się zamek w drzwiach, przyjeżdżają i naprawiają. Jak potrzebuję coś do domu, załatwiają. Jak potrzebuję nowy dom, też załatwiają. Mam tylko grać w piłkę. Już dali mi duży dom w sąsiedztwie Rooney’a i Fergusona (mówimy do niego „boss,” czyli „szefie”), a zamówiłem tez samochód – audi s8, z silnikiem 5,2 litra i mocy 500 koni; setka w 4,5 s, telewizory w zagłówkach…
Do klubu przyjeżdżam o dziewiątej. Obowiązkowo zbiórka jest o 9:30, czyli pół godziny przed treningiem, ale o dziewiątej już wszyscy są. Trening – szok. Jako bramkarz łatwo nie mam. Jest kilku takich piłkarzy, którzy nie strzelają z przypadku. Nie, że patrzą w lewo, a piłka leci w prawo. Tam gdzie chcą, tam strzelają. Czasami piłka wpada idealnie między słupek a poprzeczkę.
Z przodu Roony, Cristiano Ronaldo, Ryan Giggs. Piłkarz chodzi, pach-pach-pach, każdy wie co zrobić, wyjście na pozycje, zgranie, tempo. Nawet najmłodsi chodzą jak rakiety. Cały czas trzeba być skoncentrowanym. Spodziewasz się mocnego strzału, a pokonać cię mogą lekkim dzióbnięciem.
Ale nie zostałem kupiony po to, żeby wyciągać piłkę z siatki. Zdarzyło się kilka fajnych interwencji, nie mam kompleksów. Przyjęto mnie jak swojego. To są może gwiazdy w mediach, ale tak naprawdę to normalni ludzie. Cześć Tomek, jak się czujesz, co u ciebie Tomek? I tak cały czas. Nikt naburmuszony nie siedzi przy stole w czasie obiadu i się nie odzywa. Jest rodzinnie.
Tu każdy jest świadomy, gdzie się znalazł. Stracić miejsce w składzie jest łatwo, a odzyskać – bardzo trudno. Dlatego piłkarze sami się kontrolują. Zresztą na Old Trafford wygranie meczu nie jest powodem do tego, żeby iść do klubu i świętować. Tu się po prostu wygrywa.
Po treningu nie jadę do domu. Mogę iść na siłownie, korzystać ze specjalnych maszyn. Jest np. taka: stajesz, a po bokach zaświecają się lampki. Musisz szybko reagować. To ma ćwiczyć refleks w najszerszym kącie widzenia.
Inni tez trenują dalej. Wayne Rooney przychodzi do klubu jako jeden z pierwszych, a wychodzi jako jeden z ostatnich.
O sztuce bramkarskiej
Spacerujemy po klubowym sklepie Manchesteru United. Tomek ogląda bluzy bramkarskie. Jego nazwisko można mieć specjalnie na życzenie. Opowiada:
Jako junior nadrabiałem sercem do gry i odwagą, nie należałem do bramkarzy dobrych technicznie. Nie miałem jeszcze pojęcia, co i jak trzeba robić. Nie wiedziałem, czemu idę w prawo, a nie w lewo, czemu mam łapać tak, a nie tak. Ale podglądałem innych. Moim ulubieńcem był Peter Schmeichel, imponował mi młody Edwin van der Sar. Obserwowałem też bramkarzy w Polsce. Najbardziej podobał mi się Grzegorz Szamotulski. Klasą był Maciej Szczęsny.
Fachu nauczył mnie trener Marić w Hercie. To on zrobił ze mnie bramkarza. Uczył mnie cierpliwości. Mówił: „Trenuj, bądź gotowy, a przyjdzie czas, że wejdziesz na boisko i to będzie twoja szansa. Wykorzystasz ją.”
W Hercie czekałem na grę przez cztery lata. Miałem prawo się podłamać. To nie było tak, że przychodziłem do domu z uśmiechem i mówiłem: „Znowu nie broniłem! Ale jakoś przetrwałem.” Dziś działacze w Berlinie mogą mieć do sienie pretensje. A ja czuje ulgę, że tam nie zagrałem. Bo gdybym grał przez pół roku, może nie zdecydowałbym się wyjechać do Anglii? I nie wiem, gdzie bym teraz był. Ale na pewno gdzie indziej.
Cierpliwość odróżnia mnie od wielu innych piłkarzy. Oni zmieniają klubu co pół roku, a ja się nie poddaję. Krok do tyłu zawsze można zrobić, zmienić klub na gorszy, ligę na słabszą.- żaden problem. Ja wole czekać. Tak samo będzie tu, w Manchesterze – trening, trening, trening, praca do upadłego, siłownia, mecz w rezerwach, znowu trening, aż w końcu ktoś da mi szansę. Będę miał swoje pięść minut, a potem 15. Już w tym sezonie.
Jakim jestem bramkarzem? Do tej pory najlepszą interwencję miałem w meczu z Wigan – tą wybraną przez angielskie media jako paradę sezonu. Mam ją w komputerze, czasami oglądam. To jest esencja szkoły Maricia: „ Niektórzy myślą, że lepiej już się nie rzucać, że to bez sensu, podczas gdy nic nie jest bez sensu.” Chodzi o to, że napastnikowi zadanie można ułatwić albo utrudnić. Ja utrudniam. Jak strzeli gola, trudno, ale nie ma prawa strzelić łatwo. Dlatego rzucam się zawsze. Rywal cztery razy strzeli, a za piątym razem ja obronię. I to jest Wigan, to są trzy punkty, to jest interwencja sezonu.
Kiedy biegnie na mnie napastnik, ja nie stoję na straconej pozycji. Uważam, że to on jest natraconej pozycji. On musi strzelić, ja mogę obronić. On ma problem, a nie ja. Spróbuję go zmusić do błędu.
Teraz trenuję razem z van der Sarem. To wielki fachowiec, obecnie numer jeden na świecie. Jego gra nogami… Czegoś takiego nie widziałem, żeby bramkarz kopa tak samo lewą i prawą nogą. Ale nie na 20 metrów, tylko na 60.l To jest sztuka.
O reprezentacji Polski
Tym razem Tomek pyta nas. – Panowie, a co w karze? Bo w Internecie czytam, że kompletna izolacja…
Żyje zgrupowaniem, choć nie został powołany. – Uśmiechnięty z tego powodu nie chodzę. Zmieniłem klub na lepszy, mam dobrą markę, a powołania brak. Trudno, nie komentuję, to wy macie pióra w rękach.
W klubie pustki. Prawie cały zespół rozjechał się na zgrupowania. Zostało nas z pięciu. Wchodzę do szatni, a wszyscy się dziwią: „Tomek, ty tutaj? Ty nie z kadrą?” Mówię: „Nie. Byłem na Mistrzostwach Świata, ale po transferze do Manchesteru już nie dostałem powołania.”
Możecie mieć inne zdanie o Janasie, ale to był trener, który mnie powołał, bez względu na wszystko. Powołał mnie, bo miałem supersezon. I tylko to się liczyło. Teraz trener ma inne spojrzenie. Trudno, płakać nie będę. Całe życie o wszystko walczyłem, wygrywałem cierpliwością. I mam nadzieję, ze w kadrze też tak będzie. Na razie wybór selekcjonera przyjmuję z honorem.
Do chłopców z kadry nie dzwonię, bo co mi powiedzą? Że jedzą, trenują i śpią? Ja w tym czasie trenuje w Manchesterze. I jestem z każdym dniem lepszy.
źródło:kuszczak.manusite.pl
skomentuj