Dodał: tbiegun | 2007-03-19 00:00
Dlaczego bramkarzom odbija?
Gol
Andrésa Palopa, bramkarza Sevilli, którego strzał w ostatnich sekundach meczu dał drużynie dogrywkę, a potem awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA, chyba w nas wszystkich wywołał podobne refleksje. Stara jak futbol klisza każąca widzieć w bramkarzach wariatów ma się świetnie i pewnie jest nieśmiertelna. Oni rzeczywiście bywają stuknięci. Normalny nie pchałby się w 94. minucie przez całe boisko z fantazją, żeby zdobyć bramkę uderzeniem głową. O rozmaite sztuki można golkiperów posądzać, w końcu zmiany przepisów zmusiły ich, żeby nauczyli się nie tylko łapać, lecz i kopać piłkę. Ale po jaką cholerę mają umieć grać głową?
Paul Robinson z Tottenhamu zrobił to trzy lata temu. Jego "główka" w ostatniej minucie meczu ze Swindon w Pucharze Ligi Angielskiej dała remis, potem wystarczyło mu tylko obronić rzut karny, by awansować. W sobotę pod bramkę Watfordu Robinson nie biegał. Gola strzelił, bo wykopał piłkę - nieprecyzyjnie - spod własnego pola karnego, a ta przelobowała Bena Fostera.
Lista zdumiewających bramkarskich wyczynów - a to heroicznych, a to szalonych, a to zwyczajnie kuriozalnych - nie miałaby końca. Już w 1934 roku wyzwanie reżimowi Mussoliniego rzucił legendarny Ricardo Zamora, który podczas mundialu dopóty bronił strzałów włoskich napastników, dopóki ci nie połamali mu nóg. Dosłownie - połamali. Obłąkany Hiszpan zaparł się i nie chciał ustąpić, choć zostało ustalone jeszcze przed turniejem, że mistrzostwo świata zdobędą gospodarze.
Potem błysnęli inni szurnięci, z najsłynniejszym i chyba najbardziej ekscentrycznym René Higuitą na czele. Kolumbijczyk lubił dryblować, a piłkę frunącą w kierunku bramki wybijać tak zwanym "kopem skorpiona". Choć mógł ją z łatwością chwycić dłońmi, czekał, aż ta minie jego głowę, po czym uderzał ją złączonymi piętami. W Europie, czyli w polu naszego widzenia, dał taki popis bodaj raz, kiedy w meczu towarzyskim z Anglią futbolówkę w jego kierunku kopnął Jamie Redknapp. Niektórzy obwołali go idiotą, sam Higuita wolał określenie "filozof". Podstawowe założenia swej filozofii chętnie zresztą wyjaśniał. Można by je streścić, oczywiście rzecz upraszczając, mottem "zabawiać ludzi i samego siebie".
Przy okazji wyszło na jaw, że wkładać wszystkich bramkarzy do jednego wora - czy raczej: w jeden kaftan - byłoby haniebnym stosowaniem odpowiedzialności zbiorowej. Wyspiarskie ponuraki, jak mistrz świata z 1966 roku Gordon Banks, pobąkiwały, że gdyby Higuita udawał skorpiona, stojąc w angielskiej bramce, już nigdy nie zostałby powołany do kadry.
Na szczęście kolumbijski selekcjoner się nie przejął i Higuitę wciąż powoływał. Na nieszczęście nie przejęli się też niektórzy rodacy Banksa. Zaczęli Higuitę naśladować. Kiedy Graham Alston naruszył sobie obojczyk, lekarze poczuli się w obowiązku publicznie przestrzegać, że człowiek jednak różni się od skorpiona i kolejni eksperymentatorzy ryzykują poważne uszkodzenie kręgosłupa.
Bramkarscy snajperzy są wynalazkiem stosunkowo późnym. A ściślej: golkiperzy późno wrócili do korzeni, bo przed 1912 rokiem, kiedy mogli łapać piłkę na całej połowie boiska, do siatki rywali trafiali regularnie. Potem, przez niemal cały wiek XX, zostawali bohaterami incydentalnie i przez przypadek, często dlatego, że tor lotu wykopanej piłki wykoślawiał podmuch wiatru (Pat Jennings), co dziś konstrukcja największych stadionów już wyklucza.
Dopiero u schyłku stulecia między słupki weszli snajperzy seryjni. Najskuteczniejszy w historii Brazylijczyk Rogerio Ceni strzelił jak dotąd 69 goli, głównie z rzutów wolnych. Wcześniej zbliżone statystyki osiągnął jedynie José Chilavert, mój prywatny faworyt. Nigdy nie zapomnę obłędu w oczach, z jakim sterował reprezentacją Paragwaju oblężoną przez Francuzów podczas mundialu w 1998 roku. Ten charyzmatyczny kolos urzeczywistnił metaforę o stojącym w bramce wielkoludzie większym od niej samej - odnosiło się wrażenie, że rękawicami może pomacać wręcz linię napadu, że osobiście dyryguje każdym paragwajskim zawodnikiem, pod którego nogi spada piłka.
Zostawmy jednak gole, bowiem aktualności ponownie nabrało pytanie, na które nikt nigdy nie znalazł ani nie znajdzie odpowiedzi, ale które warto stawiać, tak jak warto rozstrząsać, co było najpierw - jajko czy jednak pterodaktyl. Dlaczego golkiperzy popadają w szaleństwo? Dlaczego ten fach produkuje pacjentów w typie Sergio Goicoechey, który na mundialu w 1990 roku deprymował przymierzających się do wykonania rzutu karnego rywali, znacząc własnym moczem teren pola bramkowego? Dlaczego aż dwóch bramkarzy Manchesteru United (Kuszczak i wypożyczony stamtąd Foster), bądź co bądź czołowej drużyny w Europie, puściło gole po strzałach swoich vis-a-vis oddalonych o kilkadziesiąt metrów?
Teorii powstało mnóstwo, a ja nie chcę po raz enty międlić kieszonkowej psychoanalizy o wyjątkowości pozycji, która przyciąga indywidualistów i odmieńców właśnie dlatego, że jest inna. Proponuję prostsze wyjaśnienie: bramkarzom odbija szajba, gdy wysiadują ławkę rezerwowych.
Być może zasada nie działa zawsze, ale niewykluczone, że często działa. Niemal każdy bramkarz przechodzi tę gehennę, z oczywistych rachub wynika, że przynajmniej co drugi golkiper bez przerwy ślęczy na ławie, a w jego sytuacji ślęczenie to beznadzieja absolutna. Nie zastąpisz kolegi z innej pozycji, nie wejdziesz na ostatnie minuty, nawet przy przesądzonym wyniku. Rywalowi też jakoś głupio życzyć nieszczęścia.
Andrés Palop musiał zwariować. Kiedy kilka lat temu fenomenalnie powstrzymywał nawałnicę Interu Mediolan, stojąc w bramce Valencii, zastanawialiśmy się w redakcji, czy to nie najlepszy rezerwowy bramkarz świata. Nie mieściło się nam w głowie, że taki diabeł znosi rolę zmiennika Santiago Canizaresa.
W Valencii spędził sześć sezonów. Wystąpił w 42 meczach, czyli wychodził na boisko średnio co dwa miesiące. Do futbolu wrócił półtora roku temu, przenosząc się do Sevilli. Dziś strzela gole i broni karne wykonywane przez Ronaldinho. Jesienią skończy 34 lata.
Wiecznych rezerwowych, głównie mniej zdolnych, są tabuny. Czytałem niedawno żale Stuarta Taylora z Aston Villi, niegdyś uważanego za nieprzeciętny talent, który przez dziesięć lat zawodowej kariery wystąpił ledwie w 55 spotkaniach. Tzw. "ogonów" jemu podobni grać nie będą, dopóki nie trafią na następcę Jorge Camposa, słynnego meksykańskiego bramkarza, który niekiedy w trakcie meczu przenosił się do ataku. Co dowodzi jednego: owszem, jako rezerwowy golkiper możesz zachować psychiczny pion, ale tylko pod warunkiem, że nie pokolei pod kopułą ma kolega. Bez wariata w bramce tak czy owak się nie obędzie.
Liczba
3
gole strzelił José Chilavert drużynie Ferro Camil Oeste, broniąc w 1999 roku barw argentyńskiego gola Velezu Sarsfield. To jedyny hat trick bramkarza w historii futbolu. Najsłynniejszą bramkę Paragwajczyk zdobył w meczu z River Plate - z rzutu wolnego wykonywanego na własnej połowie
autor: Rafał Stec
GW
skomentuj