Dodał: tbiegun | 2010-03-14 07:17
Koniec listopada a w powietrzu 28 stopni. Mały bar na rogu głównej ulicy Yaounde - Blvd de l'OCAM. Grzanki z piwem i świetna ryba. Ludzie tańczą, stojąc na krzesłach klaszczą w dłonie, śmieją się… Tak spędzają popołudnie Cameroonians. Ubrani w kolorowe stroje. Żółte, zielone, czerwone. W takiej zielonej koszulce polo siedzi Thomas Libiih - dwukrotny uczestnik mistrzostw świata w piłce nożnej, który ograł Argentynę z Maradoną w składzie i dotarł z kolegami do ćwierćfinału najważniejszych rozgrywek piłkarskich naszego globu gdzie pechowo poległ z dumnymi Anglikami. Pozbawiony gwiazdorskich manier, jego twarz niemal pęka od serdecznego uśmiechu. Ściska rękę tak, że przyjaźń czuć w tym uścisku. - Widzisz tego grubaska, tyłem do nas, pośrodku? Ma ogromny talent. Po chwili marszczy brwi używając swej trenerskiej władzy i przywołuje swoich rozśpiewanych podopiecznych do porządku. Jego żołnierskie słowa i tak kończą się śmiechem. W tej drużynie wzajemna sympatia to podstawa wszystkiego. Mruga porozumiewawczo okiem i mówi: - Wszystko jest możliwe, gdy ma się wolę i odwagę. Zdaje się, że słyszałem te słowa tysiące razy. Ale nabierają nowego wymiaru, mają inny sens, gdy padają z ust Thomasa Libiiha.
Z dziecięcych lat pamiętam wspaniały dla Polaków mundial w 1982 roku. Po remisowym meczu z Kamerunem gdy w bramce rywali cudów dokonywał Thomas N’Kono pierwszą sprawą, z którą zwróciłem się do rodziców była prośba o zakup szarej bluzy i długich czarnych spodni, w których potem przez lata – mniej lub bardziej udolnie - próbowałem zatrzymywać strzały napastników przeciwnych drużyn.
Osiem lat później, już z dowodem osobistym w kieszeni, a więc prawdopodobnie i ze szklaneczką złocistego napoju zasiadłem przed telewizorem by delektować się inauguracją światowego czempionatu we Włoszech. Z jednej strony naszpikowana gwiazdami takiego pokroju jak Burruchaga, Basualdo, Sensini, Balbo, Ruggeri, Pumpido i sam wielki Maradona reprezentacja Argentyny, obrońca najcenniejszego piłkarskiego trofeum. Z drugiej moi faworyci. Kamerun. Po ośmiu latach znów grający w finałach MŚ. Znów - ale dopiero po raz drugi w historii. W porównaniu z południowoamerykańskimi czarodziejami futbolu zupełny piłkarski kopciuszek gdzieś z Czarnego Lądu.
Te proporcje od początku wydawały się znajdować potwierdzenie w wydarzeniach na boisku. Albicelestes mieli przewagę niemal w każdym elemencie gry. Z czasem jednak to Kamerun prezentował się lepiej. Nieposkromione Lwy grały pewnie w defensywie, spokojnie wyprowadzały ataki i przede wszystkim ograniczyły do minimum poczynania Diego Maradony. Argentyńczycy bez niemal wyłączonego z gry swojego gwiazdora grali coraz bardziej nerwowo. Nie byli w stanie wykorzystać nawet tego, że ostatnie pół godziny grali z przewagą jednego a w samej końcówce nawet dwóch zawodników. To Kameruńczycy zadali decydujący cios swoim rywalom. Francois Omam-Byik z pomocą argentyńskiego golkipera dał swojemu narodowi okazję do narodowego święta. Bo potem jego zespołowi już nic nie mogło się stać złego. Kameruńczycy nie dali już wydrzeć sobie zwycięstwa. Nikt wówczas nie przypuszczał, że to nie będzie ich ostatni triumf na tych mistrzostwach i że dotrą aż do ćwierćfinałów. - Nikt nie postawił pieniędzy na naszą grę. Na początku chciałem cofnąć się w szatni i czekać na powrót do spokoju. Przeraziły mnie pulsujące trybuny pełne ludzi. Ale my byliśmy Lwy. Byliśmy silni. A pamiętasz jak Milla był katem bramkarza René Higuity? Thomas rozgrywa te mecze jeszcze w pamięci. Śmieje się mówiąc, że Roger Milla dla kolumbijskiej reprezentacji był jak lekarz dla pacjenta na stole. Opowiada potem jak przed meczem z Anglią ogolili głowy. Zyskali nowy groźny wygląd. Nie bali się nikogo. Ani trenera Bobby Robsona ani słynnego napastnika Gary Linekera. Thomas N’Kono imponował grą na przedpolu i świetnymi interwencjami w powietrzu. Inny Thomas - obrońca Libiih królował w linii obrony. Kto wtedy mógł przypuszczać, że będzie mi dane poznać ich obu i z każdym z nich współpracować?
- Ogromne rzesze kameruńskich dzieciaków były świadkami drastycznych czasów wojen w Kamerunie. Ich światopoglądy zostały wypaczone przez działania wojenne. Ale dzieci nie urodziły się przecież złe. Wiem, że współczucie jest świadectwem żywego zainteresowania, które byli kameruńscy piłkarze okazują najmłodszym żyjącym w biedzie i często w osieroceniu. Stąd pomysł utworzenia akademii. O tym, że ją założę wiedziałem już wtedy, gdy jeszcze sam grałem w piłkę - mówi Thomas Libiih, fundator i prezydent akademii piłkarskiej w Yaounde, stolicy Kamerunu.
Sports Academy Thomas Libiih (LTSA) powstała w 1998 r. W chwili obecnej funkcjonuje jako ściśle powiązane naczynia czterech klubów: Dauphins FC, Olympic Mvolye, Lumiere 1990 i L&G All Sports Yaounde FC. Pierwsze dwa z nich spełniają rolę niejako sztandarową. Seniorskie zespoły tych klubów stanowią coraz większą siłę w kameruńskim futbolu. I to pomimo, że tworzą je bardzo młodzi ludzie, dopiero wkraczający w dorosłą piłkę nożną i w komplecie są wychowankami akademii. Pozostałe dwa to ośrodki, w których szkoli się przede wszystkim młodzież a dorośli to amatorzy. We wszystkich zespołach tych klubów trenuje regularnie 420 młodych piłkarzy. Wszystkie cztery kluby działają w ramach akademii na tych samych prawach. Mają swoje barwy, drużyny i rozgrywki i tylko w tym zakresie pewną autonomię ale w każdym momencie działalności są częścią akademii, są wychowankami Thomasa Libiiha. Bo to on, jego zapał i jego siła spowodowały, że grają dziś w piłkę, uczą się i mają przed sobą perspektywę wartościowego życia. Akademia zapewnia sprzęt sportowy, opiekę medyczną, wsparcie podczas podróży w kraju i za granicą oraz w organizacji turniejów z udziałem dzieci.
Spośród tych klubów najdłuższe tradycje ma Olympic Mvolye. Jednym z jego najbardziej znanych wychowanków jest Pierre Njanka Beaka. Po Mistrzostwach Świata w 1998 przyjął ofertę Neuchâtel Xamax. Ponad 20 świetnych meczy rozegranych na szwajcarskich boiskach wystarczyło, by zgłosił się po niego francuski RC Strasbourg. Później na krótko trafił do angielskiego Portsmouth by ponownie pojawić się we Francji – znów w Strasburgu a potem w CS Sedan i FC Istres.
W finałach mistrzostw świata w USA w 1994 roku defensywę “Nieposkromionych Smoków” niemal w komplecie stanowili gracze Olympic Mvolye: Stephen Tataw, Hans Agbo i Victor N'Dip Akem. Również w Pucharze Narodów Afryki 1996 linia obrony reprezentacji Kamerunu oparta była o zawodników tego klubu. Grali w niej wtedy Agbo i Tobie Mimboe, który grał kadrze również w finałach AFRICA CUP dwa lata później w Burkina Faso. W przednich formacjach grali ich klubowi koledzy - w pomocy Sunday Jang, a w ataku Joseph Mbarga.
W ostatnich latach z zastępów piłkarzy wychodzących z Mvolye ciekawą karierę robi Mathias Chago, a właściwie de Confiance Mathias Chago Dellgoue. 26-letni defensywny pomocnik po opuszczeniu Olympic trafił do kameruńskiego Racingu Bafoussam a od siedmiu lat podbija ligi w Chorwacji. Najpierw w barwach drugoligowego Metalac Osijek a od 2005 roku w Dinamo Zagrzeb. Od pierwszych treningów należał do ulubieńców trenera Josipa Kuže. Po kilku latach spędzonych w Chorwacji, Chago otrzymał obywatelstwo chorwackie. Ponieważ nie ma raczej szans na grę w reprezentacji Kamerunu nie dziwi, że coraz częściej pojawiają się głosy o powołanie go do chorwackiej kadry.
Szkolenie piłkarzy to nadrzędny cel akademii. Ale równie ważnym, funkcjonującym równolegle jest ochrona i nadzór nad młodymi ludźmi w szczególnie trudnej sytuacji. Dla "dzieci ulicy" Thomas opracował program zapobiegania i walki z przestępczością. Akademia prowadzi edukację dla dzieci ubogich, opuszczonych i bez rodziny. - Nauka, tworzenie świadomości przyczynia się do tworzenia modelu młodzieży i społeczeństwa - mówi Thomas Libiih.
- Z tych ludzi wyrosną Kameruńczycy przydatni i odpowiedzialni za "smak naszego wysiłku" i walkę z bolączkami naszego kraju. Młodzi chłopcy, oczywiście cały czas w ramach akademii i w kontakcie z piłką nożną, jednocześnie przystosowują się do normalnego życia. Zdobywają umiejętności w różnych branżach - stolarskich, elektrycznych, mechanicznych, rolniczych, uczą się obsługi komputera. Wspólnie pracujemy razem, aby osiągnąć nasze cele w zakresie pomocy ubogim i młodym. Jestem jak oni – wyszedłem z biednych dzielnic jakich w naszym kraju setki. Dlatego chcę pomóc wejść im w życie, tak żeby go nie zmarnowali. Przyzwoici Afrykanie wierzą głęboko w dobre gwiazdy czuwające nad ich życiem. Muszę zrobić tak, żeby ci, którzy zaczęli swoje w zły sposób odnaleźli swoje szczęśliwe gwiazdy. Wbrew tym, którzy nie myślą o zrobieniu czegoś dla swoich dzieci.
Thomas Libiih musiał poświęcić mnóstwo czasu na organizację swojego projektu. Chciał aby działalność akademii spełniała szeroką potrzebę edukacji przez sport. Wyciąganie dzieciaków z dramatycznych warunków, z sierocińców, z środowisk głodu a czasem także przestępczych to było jego główne zajęcie przez długie dni wielu miesięcy. Zajęcie byłego piłkarza, który dwukrotnie grał w mistrzostwach świata, który mógłby spokojnie pozować na gwiazdę. Działa w ten sposób do dziś. Zna każdy zakamarek Yaounde i wie o każdym młodym chłopaku, którego można uratować dla świata. Dziś pomaga mu siatka kolegów, trenerów, nierzadko pomoc niosą również turyści. Mam dla niego ogromny szacunek, ogromny respekt dla jego osobowości i priorytetów w życiu. Szczerze mówiąc, chciałbym przedstawić go kilku "osobowościom" polskiego futbolu. Moim zdaniem mogliby Thomasowi buty nosić.
Thomas Libiih skończył niedawno 42 lata. W latach 90 występował jako pomocnik w reprezentacji Kamerunu. W ojczyźnie grał w Tonnerre Yaoundé. W 1994 roku występował w klubie z Arabii Saudyjskiej o nazwie OC Medina. Zaliczył też krótki epizod w LDU Portoviejo w Ekwadorze. Przez dwa lata występował też w RPA. Ma za sobą występy w dwóch finałach Mistrzostw Świata. W 1990 wspólnie z kolegami sensacyjne pokonali Argentynę w meczu otwarcia a potem dotarli aż do ćwierćfinału gdzie po dramatycznym spotkaniu zakończonym dogrywką ulegli Anglii. Cztery lata później Thomasowi nie poszło już tak dobrze. Zagrał we wszystkich trzech meczach w pełnym wymiarze czasowym ale Kamerun z jednym punktem na koncie był zmuszony pożegnać się z turniejem już po zakończeniu fazy grupowej. Po tak fajnej karierze mógłby pędzić wygodne życie i cieszyć się statusem gwiazdy w swoim kraju. Wybrał jednak pokręconą drogę pomocy tym, którzy jej najbardziej potrzebują. Sam osobiście zazdroszczę mu tej siły, tego entuzjazmu i tego - jak sam to określa - "codziennego ładowania". Mimo ograniczeń finansowych mieści w sobie i każdym swoim dniu niewyobrażalnie wiele wysiłku, aby zachęcić choćby jednego młodego człowieka do futbolu, do nauki zawodów i przede wszystkim do szkoły.
- To długa i kręta droga ale musimy iść dalej. Nawet potykając się. Bo mamy cel, który chcemy osiągnąć - mówi Thomas. - Musimy dać im refleksję, dać im motywację, dać im siłę. I tak od blisko 12 lat. A w przyszłości prawdopodobnie uratujemy jeszcze wiele dzieci i co za tym idzie wiele rodzin. Dajemy im całych siebie i to dla nas wielka życiowa radość. Każdy mecz, każdy turniej, których organizujemy mnóstwo wspominane są potem przez długi czas. Pamiętam lipiec 2007 roku – dwa miesiące po wygraniu krajowych finałów Danone Nations Cup. To był szczególny czas dla zespołu dzieci złożonego z chłopców z czterech klubów akademii, który w barwach LTSA wziął udział Danone Cup we francuskim Lyonie. Nie bez przyczyny ten turniej nazywany jest mistrzostwami świata w kategorii "benjamins". W turnieju brali udział najmłodsi piłkarze z czterdziestu krajów. Ekipa z Yaounde zmierzyła się z rówieśnikami z Anglii, Czech, Malezji, Belgii i Japonii.
Wszyscy związani z akademią z radością wspominają ten turniej. Przez te zwycięstwa i porażki, przez nawiązywanie takich kontaktów kreuje się osobowość małych kameruńskich piłkarzy. Każde takie wydarzenie to "ziarno sukcesu".
Z ekipy grającej w Lyonie wyrośnie zapewne spora rzesza świetnych piłkarzy bo to wybitnie utalentowane roczniki. Z kolei dziś Simon Aimé Ebene czy Alfred Akoasene–Abeng to już łakomy kąsek dla wielu europejskich klubów. O obrońcę Peguy Ngama też pytają skauci spoza Kamerunu. Rzeczywiście to dobre tropy. W czasie konsultacji kadry młodzieżowej, która przygotowuje się do dorocznego Challenge Issa Hayatou ci chłopcy wyróżniali się zdecydowanie na tle kolegów biegających po płycie boiska na Stade Ahmadou Ahidjo de Yaoundé. Nie dziwi więc, że przed Centre Technique de la Fecafoot à Odza, gdzie po treningach zbierali się gracze kameruńskiej młodzieżówki co chwilę pojawiały się eleganckie samochody piłkarskich menagerów, którzy w młodych Kameruńczykach widzą lekkie i łatwe źródło dochodu. I to jest ogromne zagrożenie dla młodych piłkarzy. Nie tylko w Kamerunie.
Patrick Talla miał spełnić swoje życiowe marzenie. Trafił do Kijowa po tym, jak jego ojciec przez dwa lata sprzedawał złom a matka lody na rynku w Yaounde. Po półrocznym pobycie na Ukrainie chciwy agent chciał jednak więcej pieniędzy. Marcel Bayou sam zorganizował sobie podróż do Dubaju. Wrócił z niczym. Obaj młodzi piłkarze jednak wierzą, że jeszcze będą zawodowymi piłkarzami. Tak jak Samuel Eto'o. Jego matka tez kiedyś sprzedawała grillowane ryby na chodniku, by utrzymać sześcioro dzieci. Samuel zakończył edukację na szkole podstawowej bo nie było jej stać na opłaty za naukę w szkole średniej. Dziś w Yaounde wszyscy młodzi piłkarze znają nie tylko jego umiejętności ale też skalę zarobków. Ponad pięć tysięcy razy przekraczającą średni dochód mieszkańca Kamerunu.
Były piłkarz kameruński Jean-Claude Mbvoumin, który obecnie mieszka w Paryżu opowiadał, że kilka lat temu był w kameruńskiej ambasadzie w stolicy Francji i znalazł tam kilku nastolatków śpiących na korytarzu. Ich rodzice płacili za rekrutację do europejskich klubów, a pseudomenagerowie porzucili ich na kontynencie bez dokumentów i pieniędzy. Mbvoumin zebrał ponad sześćset takich opowieści młodych Afrykanów, oszukanych, porzuconych, znajdujących się we Francji w dramatycznej sytuacji. W 2000 roku utworzył stowarzyszenie Culture Foot Solidaire. - W samym regionie Ile-de-France są tysiące młodych ludzi, którzy mają nieuregulowaną sytuacją prawną. Grają za kwoty wystarczające jedynie na bilet miesięczny. Często stać ich tylko na jeden kebab dziennie, ale nadal trenują - mówi.
Chłopcy, którzy osiągnęli 14 rok życia kończą treningi w ramach Libiih Thomas Sport Academy. Trafiają wtedy formalnie do jednego z czterech klubów o których mowa powyżej. W nich z kolei funkcjonują do ukończenia 18 lat. Najczęściej ci najbardziej utalentowani ruszają wtedy na testy do innych klubów w Kamerunie i poza jego granicami. Bywa też, że chłopcy nie chcą opuszczać klubów akademii i grając w drużynach seniorskich spłacają w ten sposób swój dług wdzięczności wobec ludzi, którzy wyciągnęli ich z życiowego bagna. Zdarza się też, że ten dług spłacany jest z dużą nawiązką. Taka sytuacja ma miejsce wtedy gdy piłkarz trafia do klubu europejskiego. Przykładem na to jest Steve Bessong. Karierę zawodową rozpoczął w Dauphins FC. W styczniu 2007 trafił do węgierskiego Diósgyőri VTK. Po roku wrócił co prawda do Kamerunu i grał dla Fogape Yaounde. Ale niedawno znów wyjechał - tym razem do Kanady. Najpierw do Trois-Rivières Attak a dziś gra w Montreal Impact. W ten sposób konto akademii czterokrotnie zostało zasilone prowizjami od transferów.
Środki uzyskane z transferów Thomas przeznacza na kolejne projekty rozwojowe. - Mam zawodników, którzy grają w ligach w Kamerunie, w innych krajach afrykańskich i w Europie - mówi Thomas. - Oczywiście, że korzystamy z funduszy za transfery. Przecież od czasu powstania akademii w 1998 roku nie widziałem nawet pięciu centów od federacji piłkarskiej czy rządu Kamerunu. Wszystkie sprawy finansowe są oparte na jednej osobie, którą jestem ja. Nie mamy wielkiego sponsora. Pomagają nam różne instytucje i firmy. Sam zabiegam o umowy dotyczące sprzętu sportowego i wyposażenia dla warsztatów zawodowych dla naszych podopiecznych. Możemy trenować na gołej ziemi bo jesteśmy wielkim narodem piłki nożnej, ale brakuje nam infrastruktury szkoleniowej zwłaszcza dla tych najmłodszych piłkarzy.
Dzięki wysiłkom Thomasa akademia zbudowała mały kompleks pięć kilometrów od Yaounde i kupiła minibusy służące do transportu na mecze. Całemu Kamerunowi brakuje jednak obiektów sportowych, stadionów i boisk treningowych. Tysiące dzieciaków na terenie całego kraju trenują codziennie na gołej ziemi, na wypalonych od słońca, pozbawionych trawy placach. Thomas oczywiście i w tym zakresie ma pomysł. Znalezienie inwestora, który chciałby budować obiekt sportowy dla akademii nie jest jednak prostą sprawą. Patrząc jednak na przykłady kilkunastu supernowoczesnych ośrodków szkolenia w innych afrykańskich krajach oraz na niezłomność Thomasa Libiiha można założyć, że prędzej czy później zrealizuje również ten cel. Przy okazji – ciekaw jestem czy znalazłby się taki inwestor w Polsce…
W samej akademii pracuje sześciu trenerów. Siódmy pojawi się niebawem. Będzie zajmował się szkoleniem bramkarzy i ściśle współpracował ze mną. Miło mi bowiem pochwalić się, że według pomysłu Thomasa Libiiha praca z bramkarzami ma odbywać się wedle mojej koncepcji, zgodnie z moimi wskazówkami. Raz na dwa miesiące będę osobiście nadzorował pracę z golkiperami w Yaounde w czasie tygodniowych sesji. Na razie taki układ satysfakcjonuje wszystkich. Choć bardzo bym chciał nie jestem w stanie wyjechać do Kamerunu na stałe. Ciągle pozostaję więc trenerem w Polsce jednocześnie umocowany jako ambasador akademii do wszelkich działań w jej imieniu na terenie Europy i Stanów Zjednoczonych.
Przed wigilijnym wieczorem Thomas zorganizował choinkę dla najuboższych. Spotkał się ze wszystkimi, którzy pracują i trenują w TLFA. Nie inaczej będzie przed Wielkanocą. Będą razem jeść i składać sobie życzenia. Będą tam i ci, którzy trenują w jego akademii i ci, którzy codziennie biegają sprintem po zakurzonych boiskach i trafiają do zardzewiałych bramek. Thomas odpoczywa w czasie Świąt? - Nie, to jest czas miłości. Potrzebujących trzeba wspierać. Zwłaszcza w tym okresie. Niesamowite.
„Wszystko jest możliwe, gdy ma się wolę i odwagę". Te słowa Thomasa jakoś ciągle cisną mi się na usta. Tego więc życzę wszystkim Wam na czas Świąt Wielkiej Nocy. Nie mówcie, nie myślcie, że czegoś się nie da. „Wszystko jest możliwe, gdy ma się wolę i odwagę".
skomentuj